Niewielu Polaków wie, że polscy przewoźnicy międzynarodowi podbili Europę. Nie wiedzą o tym nawet politycy i urzędnicy odpowiedzialni za transport. A może tylko udają niezorientowanych, żeby móc po macoszemu traktować branżę, której w rzeczywistości należy się od administracji premia za osiągnięty sukces. Nie chodzi oczywiście o jakieś nadzwyczajne bonusy, raczej o zwykłe uznanie za wkład do wspólnej kasy i budowę prestiżu Polski za granicą. Jest czego gratulować. Sukces branży jest wyłącznie jej zasługą. Nikt jej nie wspierał dotacjami unijnymi ani żadnym innym publicznym groszem. Transport samochodowy w Europie, w tym także w Polsce, rozwija się bez jakichkolwiek mechanizmów wsparcia. Można nawet powiedzieć, że rozwija się wbrew działaniom polityków i urzędników, którzy bez przerwy dociążają przewoźników kolejnymi restrykcyjnymi przepisami. Europa zachowuje się tak, jakby nie rozumiała, że gnębienie transportu restrykcyjnym prawem prowadzi do wzrostu kosztów jego funkcjonowania, a więc podnosi koszty, czyli osłabia konkurencyjność całej europejskiej gospodarki na globalnym rynku. Kierowca osobówki może jechać z Moskwy do Madrytu i z powrotem bez przerwy. Nikt go nie pyta, jak długo siedzi za kierownicą. Kierowca ciężarówki musi przestrzegać surowych przepisów dotyczących czasu pracy. Kika godzin jazdy i przerwa. Bez względu na to, gdzie go ta norma dopadnie. Żadna inna branża nie jest kontrolowana przez specjalnie do tego stworzoną służbę. Żadna, z wyjątkiem transportu drogowego, któremu parzy na ręce Inspekcja Transportu Drogowego albo jej odpowiedniczki w innych krajach Europy. Przewoźnicy płacą najwięcej podatków. Rolnik nie płaci podatku za kombajn, a dziennikarz za komputer, przy którym pracuje. Przewoźnik wydaje duże pieniądze na podatek od środków transportu. Samochody ciężarowe podlegają surowszym normom ekologicznym, a ich właściciele płacą za korzystanie z dróg, którymi auta osobowe jadą za darmo, albo za o wiele niższe opłaty. To wpływa na koszty transportu, a więc i na koszty całej gospodarki. Oceniając ten aspekt działalności Unii Europejskiej gołym okiem widać wołające o pomstę do nieba absurdy. Takie są efekty destrukcyjnej twórczości eurobiurokratów, którzy biadolą nad niską konkurencyjnością europejskiej gospodarki, a jednocześnie dokręcają jej śrubę. Przewoźnicy mają na co narzekać. Pytanie brzmi jednak, po co? Żyjemy w czasach, w których korzyści osiągają ci, którzy potrafią wybić się ponad przeciętność, tymczasem narzekanie to codzienna polska norma. Świat, w którym żyjemy, woli przebojowych ludzi sukcesu niż sfrustrowanych malkontentów. Jest czym się chwalić Polscy przewoźnicy potrafili perfekcyjnie wykorzystać warunki powstałe w związku z przystąpieniem naszego kraju do Unii Europejskiej. Liczba firm zajmujących się międzynarodowym transportem towarowym wzrosła w ciągu pięciu lat z szesnastu do prawie dwudziestu pięciu tysięcy. Wywołało to niezadowolenie "starych" przewoźników, którym wyrosła prężna konkurencja. Doprowadziło też do przejściowej nadpodaży usług oferowanych przez polskie firmy. Ogólny bilans jest jednak pozytywny - umocnienie branży, wzrost konkurencyjności oferty rynkowej i podniesienie jakości usług. W mniejszym tempie rosła liczba samochodów, ale i tutaj przyrost jest ogromny. W 2006 roku polscy przewoźnicy międzynarodowi dysponowali flotą ponad dziewięćdziesięciu dwóch tysięcy pojazdów, a w roku 2010 przekroczyli liczbę stu trzydziestu siedmiu tysięcy. Flota rozrosła się o około czterdzieści sześć tysięcy pojazdów, ale nie to jest najważniejsze (chociaż 50-procentowy wzrost taboru w cztery lata musi robić wrażenie). Naprawdę imponujące są nakłady na nowoczesność i ekologię. W latach 2009 - 2010 polscy przewoźnicy międzynarodowi zainwestowali około dwóch miliardów złotych w najnowocześniejsze i najbardziej ekologiczne samochody Euro5. Jest to w dużej mierze skutek krytykowanych nie tylko przez przewoźników restrykcyjnych przepisów europejskich. Jednak żeby tyle inwestować, trzeba mieć ogromny potencjał, a to już zasługa przedsiębiorców. Z nieba nic im nie spadło. Inwestycje muszą czemuś służyć. Nie ma sensu wylewać potu na ściganie się z samym sobą. Inwestycje w polski transport międzynarodowy mają sens i to głęboki. Przyniosły Polsce sukces, o którym inne branże mogą tylko pomarzyć. Polscy przewoźnicy, można powiedzieć, poszli "na całość". Rywalizują dziś z największymi do niedawna potęgami transportowymi Europy, czyli Niemcami i Hiszpanami. Jeżeli porównamy liczbę przewożonych ładunków i przejeżdżanych kilometrów w latach 2007 - 2009 okazuje się, że kiedy dotychczasowym gigantom spadało, to polskim rosło. W rekordowym 2009 roku zostawiliśmy Hiszpanów za plecami, a z Niemcami szliśmy łeb w łeb. Inni poważni rywale, tacy jak Holendrzy czy Rumuni, zostali o dwie długości z tyłu. Po pierwsze: szanować Transport samochodowy pada łatwo ofiarą fałszywych oskarżeń i stereotypów. Kierowcy w małych samochodach widzą w nim źródło wszelkiego zła, mimo że statystyki dotyczące bezpieczeństwa ruchu drogowego i ekologii nakazywałyby raczej chwalić tiry niż je krytykować. Sąsiadujący z trasami przelotowymi złorzeczą ciężarówkom, ponieważ te rozjeżdżają miasteczka i wsie. A przecież to nie przewoźnicy i kierowcy ponoszą odpowiedzialność za stan dróg i organizację ruchu. Widząc wielkie ciężarówki mijające nas na drodze dobrze mieć świadomość, że reprezentują one biznes, który nie wyciąga ręki do budżetu, tylko go zapełnia i który może służyć za wzór sukcesów, o jakich inni mogą jedynie pomarzyć. Z potęgi polskich przewoźników międzynarodowych wynika też ważne przesłanie dla polityków i urzędników. Kiedy majstrują przy przepisach dotyczących tej wielkiej i skomplikowanej branży, powinni uważać, żeby czegoś nie zepsuć. Gra idzie bowiem o wielką stawkę. Nie po to polscy przedsiębiorcy trudzili się latami, zdobywając europejski rynek, żeby go stracić przez niedopracowane decyzje tych, co rządzą. W jednym z pierwszych wydań "Przewoźnika" opublikowany został wywiad z eurodeputowanym, prof. Bogusławem Liberadzkim, który wtedy powiedział, że nie można, będąc politykiem, skutecznie rozwiązywać problemów przewoźników, jeżeli się ich nie zrozumie i nie polubi. Może i przewoźnicy mają na tym polu coś do zrobienia. Może powinni zamiast częstych narzekań zacząć budować wizerunek branży zasługującej na sympatię i szacunek z racji wielkich sukcesów, które od lat odnoszą. Autor: Sławomir Jeneralski |